Logo
W papierowej dżungli – czyli tajska biurokracja
10 Gru 2018

W papierowej dżungli – czyli tajska biurokracja

Post by Agnieszka Jarząbek

Czy zdarzyło Wam się kiedyś narzekać na polską biurokrację? Chyba znam odpowiedź ;) Polskie urzędy i wymagania to jednak nic w porównaniu z tajskimi normami, wierzcie mi. Tak kosmicznej papierologii nie mogłam sobie wyobrazić, dopóki sama nie musiałam przez to przejść.

Wyobraźcie sobie, że do jednej sprawy musicie wydrukować około stu osobnych papierów, listów administracyjnych, próśb, wniosków, potwierdzeń, kopii wszystkiego (i tak jeszcze każą Ci to skopiować po kilka razy), a na końcu okaże się, że brakuje jednego papierka, po który trzeba jechać do stolicy, ale żeby go uzyskać, czeka na Ciebie ta sama biurowa procedura i milion innych dokumentów do załatwienia!

Brzmi strasznie? To tak tylko w uproszczeniu ;) Jest o wiele gorzej! W tym wpisie postaram się opisać całą procedurę papierową, która jest potrzebna by pracować w tajskiej szkole, załatwić wizę plus dodatkowe wymagania, jeśli ma się męża (który nie jest Tajem ;)). Z pewnością i tak pominę wiele kwestii i małych smaczków (czytaj mnóstwo papierów i załatwień), bo teraz z perspektywy wiem, że było to zło, ale drobne szczegóły (tam, gdzie tkwi diabeł) pewnie się z czasem zatraciły w mojej pamięci.

Może komuś się przyda moja zebrana wiedza, ale ostrzegam – papierowa dżungla w Tajlandii zmienia się cały czas! Ponoć z roku na rok (relacje innych nauczycieli, którzy żyją tutaj kilka lat) jest coraz gorzej, dochodzą nowe wymagania, przepisy zmieniają się nieustannie. Trzeba wszystko sprawdzać na bieżąco, ale i tak co innego okaże się na miejscu ;) To jeśli chodzi o poboczne wątki, ogólna procedura jest mniej więcej taka sama.

Przed wyjazdem

Od czego by tu zacząć… Przed wyjazdem do Tajlandii oczywiście skrupulatnie sprawdzałam różne źródła, jeśli chodzi o wymagane dokumenty, aby pracować w tym kraju jako nauczycielka. Praca łatwa, dużo wolnego, dobrze płacą, do tego wystarczy Ci dyplom ze studiów (obojętnie jakich!), czy to licencjat, czy magister. Z tego co się naczytałam na wszelakich blogach, dowiedziałam się, że licencjat jest w Tajlandii ważniejszym papierem, ponieważ studiuje się go przez 3 lata, a magisterkę tylko dwa (sic!). Nieważne jest to, że żeby w Polsce takiego magistra uzyskać przecież trzeba studiować w sumie 5 lat. Logiczne, prawda? Jak widać nie dla każdego.

Ja wzięłam ze sobą „tylko” magistra, bo gdzieś mój oryginał licencjatu (miałam tylko kopie) się zawieruszył :( Obawy były, ale co zrobić, każda szkoła jest inna. Tutaj tip dla wybierających się do Tajlandii, aby zostać nauczycielem – weźcie ze sobą zarówno licencjat jak i magistra, różnie może być. Mi się z samą magisterką udało. Co ważne, należy zrobić również tłumaczenie przysięgłe (dyplomu i suplementu). Ja to zrobiłam w Polsce i wzięłam ze sobą, ale można zrobić też tłumaczenie na miejscu, np. w Ambasadzie (zasłyszane info).  Ale po co dokładać sobie więcej roboty w obcym kraju?

Ok, wzięłam z Polski to co było mi potrzebne: magisterkę (oryginał i kilka kopii), tłumaczenie przysięgłe (również oryginał i kopie), do tego certyfikat małżeństwa (wiedzieliśmy, że będzie to ważne z przyczyn wizowych) – oryginał urzędowy, kopie i jego tłumaczenie przysięgłe. Wyczytałam, że przyda się także jakiekolwiek (udokumentowane) doświadczenie nauczycielskie, a że takie miałam w Polsce, również zrobiłam jego tłumaczenie, do tego inne certyfikaty (w tym językowe). I tyle.

Informacje podawały, że resztą nie trzeba się martwić, bo papiery do wizy pracowniczej (Non-B) przygotuje Ci szkoła i tak samo z pozwoleniem o pracę (work permit). Wszędzie informacje były takie same. Dopiero na miejscu okazuje się, ile Cię jeszcze czeka załatwień. Przed całą procedurą najpierw wspomnę, że dobrze zrobić wcześniej kurs TESOL lub TEFL (najlepiej na miejscu w Tajlandii, gdyż ma się wszystko w praktyce i jednocześnie poznaje się kulturę oraz zwyczaje w tajskiej szkole). Pamiętać trzeba również o napisaniu dobrego CV po angielsku.

Kiedy już znajdziesz pracę i zaczniesz pracować…

Mój pierwszy dzień w tajskiej szkole był przytłaczający, a to dlatego, że dowiedziałam się (od innych zagranicznych nauczycieli i listy załatwień z biura) ile mnie jeszcze czeka. I w tym miejscu się zastanawiasz – czemu do cholery na forach i blogach nauczycielskich (w Tajlandii!) nikt o tym nie wspomniał?! Byłoby łatwiej przyzwyczaić się do tej myśli :P

Natłok informacji totalnie mnie zdołował. Wszystko naraz, do głowy przychodzą Ci myśli, czy rzeczywiście było warto, po co się tak męczyć, itp. No ale co zrobić, z czegoś żyć trzeba, innej pracy nie dostaniesz, jakoś musisz przez tę papierową dżunglę przejść. Nie mówiąc już o stresie w związku z nowym miejscem pracy, szkolnymi realiami i obowiązkami…

Zagraniczna nauczycielka rozpisała mi pokrótce (w 3 trzech krokach) co po kolei muszę załatwić. Nie wszystko okazało się zgodne z prawdą według tej rozpiski, ale zdecydowanie większość, bez uwzględnienia oczywiście innych (ważnych!) szczegółów.

„Trzy kroki”, które należy wykonać, by móc pracować i zostać w Tajlandii

Zanim zaczęliśmy całą procedurę, najpierw czekało nas przedłużenie turystycznej wizy (na kolejne 30 dni), gdyż papiery ze szkoły (potrzebnych do wizy Non-B) nie były jeszcze gotowe. Po długim researchu i radach udaliśmy się do Pattayi, by poudawać w urzędzie imigracyjnym turystów :P Wcześniej nie mieliśmy problemu z przedłużeniem turystycznej wizy w Hua Hin. W urzędzie wzięli po prostu nasze paszporty, zapłaciliśmy 1900 bahtów (ok. 220 zł) od osoby i było gotowe. Jak się później okazało, do tego przedłużenia potrzebna jest rejestracja adresu! Właściciel mieszkania czy hotel – musi dać Ci rejestrację/zaświadczenie, że tam mieszkasz.

Problem ten wynikł dopiero po czasie, kiedy mieszkając już w Chonburi, udaliśmy się do urzędu imigracyjnego w Srirachy (który jest przypisany do naszej prowincji). To tam po zmaganiach i ograniczeniach językowych, dowiedzieliśmy się, że taki papier jest wymagany (oprócz tego wypełnienie innych formularzy). Koleżanka z pracy poradziła mi, żeby udać się do Pattayi i konkretnego hostelu, który taki dokument bez problemu nam wyda (potwierdzający, że będziemy tam mieszkać przez miesiąc). Kontakt z hostelem, zarezerwowanie jednej nocy, dogadanie się na miejscu i po problemie. Rano papier był gotowy. W imigracyjnym kilka formularzy do wypełnienia, kopii paszportów, odstania w dwóch kolejkach i gotowe. Udało się!

Krok pierwszy…

Najpierw trzeba uzyskać wizę Non-B (Non-Immigrant Visa for Business and Work), która jest na trzy miesiące (po uzyskaniu jej należy szybko załatwić work permit, inaczej wiza przepadnie). Nie wiedziałam też (mój research chyba jednak nie był tak dobry jak mi się wydawało :P), że muszę po tę wizę jechać do Laosu (lub innego kraju, w Laosie jednak jest najłatwiej i najszybciej). Zanim jednak do tego dojdzie trzeba mieć gotowe wszystkie papiery. Na szczęście większością zajmuje się szkoła (jeśli Twoja szkoła tego nie robi – proponuję zmienić szkołę, serio).

Twoim pierwszym zadaniem w tym kroku jest udanie się do Bangkoku na policję (jedynego takiego i głównego oddziału – Royal Thai Police), gdzie musisz uzyskać tajskie zaświadczenie o niekaralności, którego potrzebujesz, jeśli chcesz pracować w szkole (nieważne, że dopiero co przeprowadziłeś się do Tajlandii i jesteś jeszcze na turystycznej wizie, nie masz work permit, oni o tym wiedzą). Żeby to załatwić Twoja szkoła musi najpierw przygotować Ci papiery, które złożysz na policji. Nie trwa to długo.

Co więc jest potrzebne na miejscu? Dokumenty ze szkoły, paszport i 100 Bahtów. Najlepiej udać się rano, by uniknąć długiej kolejki. Na policji wszystko Ci powiedzą i pomogą, dowiesz się jaki formularz wypełnić, do której iść kolejki, itp. Kiedy już Cię wezwą, udajesz się do drugiego okienka, by zapłacić, potem ściągają odciski palców. Trzeba poprosić, aby dokumenty wysłano pocztą do Twojej szkoły (można je też odebrać na drugi dzień, ale jeśli nie zamierzasz pracować w Bangkoku i mieszkasz w innym miejscu, poczta to najlepsze rozwiązanie). Ok, jedna formalność z głowy, ufff!

Teraz pozostaje czekanie na szkolne papiery do wizy Non-B. My z Przemkiem jednak mieliśmy inną sytuację, ponieważ jesteśmy małżeństwem i tylko ja mogę tutaj pracować legalnie. Mąż w świetle prawa pozostaje na utrzymaniu żony, może z nią pozostać w kraju, ale potrzebuje wizę małżeńską – Non-O, którą również trzeba uzyskać za granicą. Nie jest to takie proste jak się wydaje. Wszystkie informacje (również od agencji) podają, że żona musi mieć najpierw work permit, aby mąż mógł aplikować o Non-O.

Tutaj z pomocą przyszły nam godziny szukania informacji na różnych forach i grupach facebookowych. Ktoś polecił nam, żeby szkoła napisała list do tajskiej ambasady w Laosie, że w porządku jest dla nich, by mąż ich pracownika uzyskał wizę Non-O, itd. A nuż się uda ;) W naszym przypadku przeszło! Bardzo dużo pomogła nam pracownica ze szkoły (nazwijmy ją tutaj „helper” na potrzeby tego postu), która załatwia wszystkie papiery dla zagranicznych nauczycieli. Napisaliśmy taki list po angielsku, ona przetłumaczyła go na tajski. Do tego mój kontrakt ze szkoły i mnóstwo innych dokumentów. Papiery gotowe, możemy jechać do Laosu.

Było to dosyć stresujące (szczególnie dla Przemka, gdyż nie wiedzieliśmy, czy uda mu się uzyskać wizę, jeśli nie, musiałby tam zostać dłużej i wówczas starać się o wizę turystyczną). Pominę szczegóły, takie jak użeranie się ze specjalną agencją (zatrudnioną z zewnątrz), która pomaga uzyskać Ci wszelkiego rodzaju wizy w Laosie (nie potrafili nam pomóc, jeśli chodzi o Przemka, ich profesjonalizm był na zerowym poziomie). Postanowiliśmy więc jechać sami na własną rękę. I to też wszystkim polecamy, unikniecie dużych kosztów, a ambasada wcale nie wpuszcza klientów agencji poza kolejką (wbrew informacjom w Internecie). Na wyjeździe bez ich pomocy zaoszczędziliśmy około 200 zł na głowę, a w kosztach jeszcze mieliśmy dodatkowy dzień na zwiedzanie Wientianu.

Do Ambasady w Laosie należy udać się rano, najlepiej około 7 lub wcześniej, aby ustawić się w gigantycznej kolejce. Na szczęście na drugi dzień (przy odbieraniu gotowej wizy) masz już przypisany numer z poprzedniego dnia, więc jest to duże ułatwienie. Aha, jeszcze jeden szczegół – pamiętajcie by zabrać ze sobą dużo zdjęć (1.5 cala) na białym tle! My wzięliśmy na niebieskim tle, gdyż takie wytyczne przekazała mi szkoła (na liście rzeczy do zrobienia). Jak się okazało, tego typu zdjęcia potrzebne mi były dopiero do licencji nauczycielskiej. Na szczęście na miejscu w ambasadzie można zrobić zdjęcia, a do tego mnóstwo kopii paszportu, które okazały się konieczne.

Przy okienku z gotowymi papierami trochę czasu zajęło nam wyjaśnianie, że mąż chce uzyskać wizę Non-O na podstawie moich papierów. Dokładnie sprawdzane są wymagane dokumenty. Tutaj mały tip – upewnij się w szkole dziesięć razy, czy na pewno dali Ci wszystkie konieczne papiery do wizy Non-B. Tydzień temu znajoma nauczycielki z mojej szkoły wróciła z niczym z Laosu, gdyż szkoła zapomniała dać jej jednego dodatkowego dokumentu (a jest ich na oko około sto!). Na drugi dzień, zestresowani przy odbiorze, z ulgą odetchnęliśmy – JEST! UDAŁO SIĘ! Ja mam Non-B, Przemek Non-O. Tip z listem ze szkoły zdał egzamin.

Do wizy Non-B (jak na zdjęciu z trzema krokami) wcale nie trzeba mieć testu TOEIC, jest on potrzebny później.

Krok drugi… TOEIC i work permit

No właśnie, kolejnym szokiem z mojego pierwszego dnia w pracy było to, że muszę zdać test! I to nie byle jaki, tylko TOEIC, międzynarodowy, sprawdzający Twój poziom angielskiego. Kosztuje 1500 bahtów (ok. 170 zł). Tego też mi nikt wcześniej nie powiedział :P Podobno nie wszystkie szkoły tego wymagają, ale większość, a w przyszłości zapewne będą to wszystkie. Każdy kto nie jest native speakerem, a chce uczyć innych angielskiego – musi zdać taki test. W zależności od szkoły – należy mieć określony wynik. W mojej jest to ponad 600 punktów (na 990).

Nieważne, że już masz podpisany kontrakt ze szkołą i agencją. Jeśli nie zdasz, nie możesz uczyć. Po co jest ten test? Po to, by uzyskać licencję nauczycielską, bez której nie dostanie się work permit. No nic, nie ma wyjścia, kolejny stres przede mną, takie życie. Udział w teście trzeba zarezerwować telefonicznie, z wyprzedzeniem. Możliwości są dwie: w Bangkoku lub w Chiang Mai (powstaje powoli więcej opcji). Tutaj pojawił się kolejny problem – pierwszy wolny termin dla osób zagranicznych (bez work permit) jest w sierpniu (ja dzwoniłam na początku czerwca). Oznaczało to, że będzie bardzo mało czasu, by wyrobić się z papierami do work permit, zanim moja wiza się skończy.

Jeśli chodzi o sam TOEIC, bez wdawania się w milion szczegółów, nie jest on trudny, test jest dwugodzinny, ale trzeba być szybkim. Pierwsza część to Listening, druga Reading (przy której jest bardzo dużo tekstów do przeczytania, a czasu malutko). Ja niestety nie skończyłam w całości drugiej części, zabrakło mi czasu, a zostało mi 15 pytań do zrobienia. Zaznaczyłam więc te odpowiedzi na „chybił trafił”. Byłam przekonana, że nie zdałam, ale… Oczywiście zdałam :P Z wynikiem 800 punktów (byłam w szoku). Wyniki można odebrać na drugi dzień lub poprosić, by wysłano je pocztą do szkoły (ja tak zrobiłam).

Kiedy już egzamin TOEIC masz za sobą (jest on ważny przez dwa lata), czeka Cię dużo podpisywania i kopiowania ;) Na licencję nauczycielską (którą dostaje się również na dwa lata) trochę trzeba poczekać, więc razem z „helperem” byłyśmy w stresie czy zdążymy. W międzyczasie trzeba również załatwić zaświadczenie medyczne (Medical Certifcate), które potwierdzi, że nie masz syfilisu, nie jesteś alkoholikiem, ćpunem, itd. Ogólnie, że nadajesz się na nauczyciela ;)

Kliniki są na miejscu, więc tutaj nie mieliśmy większego problemu. Oprócz tego, że za pierwszym razem nie było lekarza, więc na drugi dzień musiałam urwać się z lekcji. Załatwianie tego było o tyle stresujące, że pracownica szkolna poinformowała mnie dwa dni przed (sic!), że muszę mieć to zaświadczenie, bo licencja właśnie przyszła i pojutrze idziemy po work permit. Udało się na styk.

Kolejne miliony papierów do wypełnienia, skopiowania, przyniesienia i czekanie w kolejkach. Wymaganych papierów jest jeszcze więcej niż do wizy Non-B. Z tym na szczęście szkoła również pomaga i do urzędu idzie się wraz z pracownikiem szkoły. A, no i oczywiście kosztuje to 3100 bahtów (ok. 350 zł). Po paru dniach (do tygodnia) udajesz się samemu lub z innymi nauczycielami do urzędu po odebranie work permit (czekają Cię różne okienka), wypełnianie formularzy (nie wiem po co), różne pytania, oczywiście po tajsku (dobrze, że jeden nauczyciel znał tajski), potem już opłata i w końcu po ostatniej dłuższej kolejce dostajesz malutką, upragnioną, niebieską książeczkę. Teraz mogę pracować legalnie! Uff, tyle już za mną :)

Tak wygląda work permit

Ale to nie koniec… Krok trzeci – roczna wiza

To był nasz najtrudniejszy krok! Przede wszystkim potrzebowaliśmy dokumentu rejestracyjnego z policji, który poświadcza, że mieszkamy pod danym adresem (Receipt of Notification). Musi to załatwić właściciel mieszkania (ma na to 24 godziny od podpisania umowy najmu). Z naszym właścicielem (a raczej właścicielką) nie było tak łatwo. Po pierwsze nie miała pojęcia, że coś takiego jest potrzebne (dawniej nie było), po drugie ciężko było jej wytłumaczyć, że to jest JEJ obowiązek, nie nasz (jeśli tego nie zrobi – to ona płaci karę, gdyż ma nielegalnych mieszkańców na chacie).

Staraliśmy się to z nią załatwić jeszcze podczas przedłużania naszej turystycznej wizy (przed krokiem pierwszym). Ta zaś zadzwoniła do oddziału w Pattayi i dowiedziała się, że to nieprawda i my sami mamy to załatwić. Ile złości i stresu nas to kosztowało, tego nikt nie wie. Poinformowałam ją wówczas, że nie ma racji i załatwimy najpierw turystyczną wizę sami, bez jej pomocy, ale za kilka miesięcy musi spełnić swój obowiązek, gdyż będzie mi to potrzebne do rocznej wizy. Po tym czasie wyszukaliśmy na tajskich i anglojęzycznych stronach wymagania dotyczące owej rejestracji, które wysłałam naszej właścicielce. Tym razem się posłuchała.

Wzięła kopie naszych paszportów, udała się na policję i potem umówiła się z nami, by przekazać nam oryginał rejestracji i kopie. Z całego serca wszystkim polecam załatwić ten papier jak najwcześniej i od razu uprzedzić o tym swojego potencjalnego właściciela. Jak zwykle udało nam się w ostatniej chwili, gdyż właścicielka naszego mieszkania kilka dni później wyjechała do Stanów.

Polska Ambasada…

Jak już myślałam, że gorzej być nie może, bo większość papierkowej roboty za nami, to oczywiście rzeczywistość okazała się inna. Do całkowitego szczęścia (czyli rocznej wizy) potrzebne nam jeszcze były pieczątki z polskiej ambasady na moim dyplomie i jego tłumaczeniu oraz na certyfikacie małżeństwa (i również jego tłumaczeniu). Każda pieczątka kosztuje 1132 bahty (ok. 130 zł). A po co są te pieczątki? A po to, żeby z opieczętowanymi papierami udać się do Ministerstwa Spraw Zagranicznych, gdzie wbiją Ci, na tych samych papierach, ich tajskie pieczątki, co będzie dowodem dla urzędu imigracyjnego, że Twoje papiery są autentyczne. Proste, prawda? Otóż nie!

Udałam się do naszej ambasady w Bangkoku. Chciałam szybko to załatwić, żeby jeszcze tego samego dnia udać się do MFA. Na miejscu okazało się, że papiery można odebrać kolejnego dnia roboczego (czyli: w poniedziałek, środę lub piątek), co oznacza kolejną wycieczkę do Bangkoku. Ok, wyjaśniłam pani, że potrzebuję pieczątki na dyplomie (wystarczy na kopii) i tłumaczeniu (na szczęście na suplemencie nie potrzeba) oraz na kopii naszego certyfikatu małżeństwa i jego tłumaczeniu. Zapłaciłam za trzy pieczątki (dwie: na kopii dyplomu i tłumaczeniu oraz trzecią na tłumaczeniu certyfikatu małżeńskiego).

Pani zrobiła mi przysługę – nie musiałam płacić podwójnie za nasz certyfikat, gdyż na samym tłumaczeniu wystarczy pieczątka, spięta razem z kopią oryginału. Fajnie, ucieszyłam się, zawsze to ponad stówa do przodu. Kolejna wycieczka do Bangkoku była już po odbiór papierów i udanie się do Ministerstwa. Z wielkim uśmiechem na twarzy odebrałam dokumenty z ambasady i wzięłam taksówkę do MFA (powiedziano mi, żeby być tam przed godziną 12).

Ministerstwo Spraw Zagranicznych…

A tak naprawdę odział konsularny MFA (i do tego konkretnie należy się właśnie udać, gdyż główne Ministerstwo jest zupełnie w innym miejscu). Dokładny adres i porady uzyskałam na jakimś forum na Facebooku, od dziewczyny, która bardzo dobrze wyjaśniła mi, który to budynek, jakie piętro i co muszę po kolei zrobić (chwała jej za to!).

Udałam się w dobre miejsce, wypełniłam formularz (kopie paszportu i wizy miałam przygotowane) i ruszyłam do pierwszego okienka, który sprawdza dokumenty. Pani poinformowała mnie, że brakuje mi jednej pieczątki z mojej ambasady (na polskim certyfikacie małżeństwa). Wyjaśniałam jej, że wszystko jest dobrze i ambasada tak to zrobiła – dwa dokumenty podbite jedną pieczątką. Pani skierowała mnie do innej kolejki.

Weszłam do malutkiego pokoiku, gdzie czekała na mnie tajska urzędniczka. Sprawdziła moje papiery i stwierdziła to samo. Dyplom i tłumaczenie są w porządku, gdyż mam dwie pieczątki, ale certyfikat małżeństwa jest nieważny, gdyż pieczątka znajduje się tylko na jego tłumaczeniu. Skąd więc mają wiedzieć czego to jest tłumaczenie, jeśli na polskiej wersji tej samej pieczątki przecież nie ma, a polskiego języka nie znają. Ok, rozumiem ich punkt widzenia.

Ze smutkiem (i złością na ambasadę) udałam się znowu do pierwszego okienka, z informacją, że chcę certyfikować tylko dyplom i jego tłumaczenie. Dano mi numerek do ostatecznej kolejki, złożyłam dokumenty. Opłata, papiery, formularz z prośbą o wysłanie pocztą do szkoły. Gotowe. Nie przejęliśmy się tą sytuacją za bardzo, gdyż wyszliśmy z Przemkiem z założenia, że w imigracyjnym może się uda bez tajskiej pieczątki na naszym certyfikacie małżeństwa, ale za to z pieczątką z polskiej ambasady. W razie czego będziemy udawać głupich, że nie wiedzieliśmy, że trzeba coś jeszcze :P A nuż…

Urząd Imigracyjny i roczna wiza

No niestety, nie udało się. Tajskiej biurokracji nic nie umknie. Razem z kilkoma innymi nauczycielami oraz naszym „helperem” pojechaliśmy do urzędu po roczną wizę. Przemek mógł jechać z nami. Tutaj duża zasługa wspomnianej szkolnej pracownicy, która przygotowała papiery również dla niego, a nie musiała. Wszystko było dopięte.

Długie kolejki, złożenie wniosków, zdjęć, dokumentów nauczycieli i Przemka (my byliśmy na końcu, ze względu na inną sytuację). W tym miejscu pozwolę sobie na krótkie wtrącenie, żeby uświadomić Wam, jak Tajowie kochają papierki. Otóż przed przyjazdem do imigracyjnego musiałam skopiować CAŁY mój paszport, każdą stronę po kolei (nawet puste), a każda strona paszportowa musiała być skopiowana na osobnej stronie druku. Grupy plik papierów, prawda? Co z tego, jak na miejscu poprosili mnie jeszcze o dwie kopie pierwszej strony, a także wizy i karty wyjazdu. Po co im to dodatkowo, jeśli już to mają skopiowane, można by zapytać… Nie wiem :P Mogę sobie jedynie wyobrazić olbrzymie magazyny, gdzie z umiłowaniem składają w nich każdy papierek i jego liczne kopie :D

Ja dostałam roczną wizę, ale niestety z mężem się nie udało. Urzędniczka zauważyła, że brakuje nam tajskiej pieczątki na certyfikacie małżeństwa (który był obklejony i spięty jako jeden wraz z jego tłumaczeniem). No nic, nie da się tego inaczej załatwić. Znowu trzeba udać się do Ambasady. Tym razem na wędrówkę po papierowej dżungli udał się Przemek…

Ambasada i MFA po raz drugi…

Przemek pojechał do Bangkoku by załatwić kolejną pieczątkę z nastawieniem, że będzie to gotowe za dwa dni (czyli kolejnego dnia roboczego) i potem już za drugim razem w Ministerstwie nie będzie problemu. Czy wspominałam już, że rzeczywistość okazuje się inna? ;) Tak właśnie. Tutaj chciałam podziękować losowi, że wybrałam pracę w Chonburi (zaledwie 1,5 godziny od Bangkoku), a nie w Chumphon (prawie 500 kilometrów od Bangkoku).

Ale do rzeczy. W ambasadzie Przemek dowiedział się, że papiery są w porządku i Ministerstwo musi je zatwierdzić, tak zawsze robili i nie da rady inaczej. Nie mogą (wbrew prawu) przybić pieczątki na polskim dokumencie, gdyż oznaczałoby to, że potwierdzają jego autentyczność, legalizują go (a tego zrobić nie mogą). Jedyne co mogą zrobić to potwierdzić zgodność z tłumaczeniem. Ok, jak nie da rady inaczej to nie.

Przez cały ten czas byliśmy w kontakcie. Mąż poinformował mnie, że jedzie do Ministerstwa złożyć papiery, w takiej samej formie jak poprzednio. Powinno się udać, pewnie ostatnio popełnili błąd, nie zauważyli, że pieczątka (jedna) jest widoczna na krawędziach na każdej stronie – również na polskiej wersji. Ok, trzymamy kciuki. W pierwszym okienku w Ministerstwie dali mu numerek do kolejnego okienka, gdzie już składa się dokumenty do wysyłki. Uff, cóż za dobra nowina!

Niestety, po jakimś czasie otrzymałam wiadomość, że zatrzymali go przy tym okienku i nie mogą certyfikować dokumentu, bo brakuje pieczątki. Nosz ku**a! Przemek zadzwonił do ambasady. Niestety nie da się nic zrobić, to już nie ich problem. Tłumaczenia na nic się nie zdały. Mąż zadeklarował, że nie wyjdzie z budynku, dopóki tego nie załatwi. Kazali czekać mu do 13:00 aż zjawi się kierownik. Ten wyjaśnił mu sytuację, że niestety nie potrafi mu pomóc, taką mają procedurę i już, był bardzo miły i naprawdę chciał pomóc. Zwiększyło to naszą złość na polską stronę (czego byśmy się tu nie spodziewali!).

Jakie mamy opcje teraz? Przemek będzie musiał jechać do Laosu starać się znowu o kolejną wizę Non-O? Moja złość wówczas osiągnęła apogeum. Przecież to niemożliwe, że przez głupią pieczątkę mój mąż nie może w normalny sposób przy mnie zostać, przecież to jest legalne i taka jest procedura. Coś jest nie tak. Nie poddamy się tak łatwo. Mail z oburzeniem do ambasady został wysłany, zarówno z zapytaniem co teraz mamy zrobić i dlaczego polska ambasada nie stosuje się do tajskich wymogów (będąc w Tajlandii!) i nie może pomóc swoim obywatelom? Wtedy mnie olśniło… Przecież z moim dyplomem się udało, jaka jest różnica z certyfikatem małżeństwa?

Przypomniałam sobie (długie analizy zrobiły swoje), że pieczątki na moim dyplomie wyglądały tak: została zrobiona kolorowa kopia oryginału dyplomu, do tego czarno-biała kopia (na której to dano pieczątkę) i kopia tłumaczenia dyplomu (na której również dano pieczątkę). Aha! A więc o to chodzi! Nie mogą dać pieczątki na kolorowej kopii, która służy jako oryginał, tylko na kopii (czarno-białej). Ambasada w mailu potwierdziła informację (którą już dobrze znaliśmy z poprzedniego razu), że nie mogą dać pieczątki na oryginale, bo to wbrew prawu. Jedyne co mogą zrobić to poświadczyć zgodność z oryginałem (czyli przybić pieczątkę na kopii dokumentu).

Ale przecież nie złożyliśmy oryginału, tylko sami zrobili jego kolorową kopię, która Tajom ma służyć jako oryginał. Nie zrobiono jednak kopii tej kolorowej kopii, na której miała być pieczątka. To co to za problem, żeby to zrobić? Wrrr! I czemu wcześniej o tym nie pomyśleli? Ok, w takim razie jeszcze jedna wycieczka do Bangkoku. W ambasadzie przeproszono męża za nieporozumienie. Tutaj też nie możemy całkowicie winić naszej ambasady za niedopatrzenie, bo tajska procedura się ponoć zmieniła (podobno wcześniej to przechodziło i nigdy nie było problemu, byliśmy pierwszym przypadkiem). Ale to ich obowiązkiem jest być na bieżąco jak procedury, w kraju, w którym urzędują, się zmieniają.

Przemek opisał nasz problem na jednym z forów, jak się okazało jedną dziewczynę również czekała ta sama sytuacja. Dzięki naszym doświadczeniom, dowiedziała się o tym samym i udało się jej załatwić odpowiednie pieczątki. Co wystarczyło, żeby rozwiązać problem? Zrobienie kopii kolorowej kopii naszego certyfikatu i na tej drugiej przybicie jeszcze jednej pieczątki! Co było najśmieszniejsze? Kopia również była kolorowa, a nie czarno-biała, więc dosłownie nie było różnicy. No cóż, jak takie wymagania, to trudno. Na szczęście Przemek dostał kopię z pieczątką tego samego dnia. Po czym udał się do Ministerstwa, gdzie przyjęto dokumenty bez żadnego problemu, z wysyłką pocztową do naszego mieszkania.

Znajdź różnicę! Kopia oryginału i kopia tej kopii z pieczątką.

Ostatni etap… czyżby?

Dzięki uprzejmości szkolnej pracownicy, naszego „helpera”, Przemek mógł pojechać do urzędu wraz z inną grupką nauczycieli po raz drugi. Dałam mu wszystkie moje dokumenty (papierów nigdy za wiele). Byłam pewna, że nie muszę jechać z nim, upewniłam się u „helpera” kilka razy. Zaraz przed wyjazdem zapytałam jeszcze raz – czy na pewno nie muszę być obecna. Stwierdziła tym razem, że w sumie mogę jechać, nie zaszkodzi (a że nie miałam już lekcji, to doszłam do wniosku, że pojadę, może się przydam).

No i wiecie co? Gdybym tam nie pojechała, to mąż by nic nie załatwił! Okazało się, że musi tam być z małżonką. Mało tego, musiałam podpisać masę dokumentów. Zrobiono nam również wspólne zdjęcie i musieliśmy odpowiedzieć na kilka pytań, typu jak się utrzymujemy tylko z jednej wypłaty, itp. Cała procedura trwała bardzo długo, ale udało się. Po uzyskaniu rocznej wizy (za którą też trzeba zapłacić – 1900 bahtów, ok. 220 zł) teraz jeszcze tylko czeka nas „raportowanie się” w urzędzie co trzy miesiące (podczas którego musimy zawsze pojawić się razem).

Coraz bliżej końca…

Tym razem serio, koniec jest bliski ;) Minęły trzy miesiące (początek grudnia 2018), więc udaliśmy się do urzędu imigracyjnego po kolejny papier do paszportu. Tu już nie oczekiwaliśmy żadnych niespodzianek. Inni nauczyciele mówili mi, że trwa to kilka minut, szybko i sprawnie. „Helper” powiedziała mi jednak, że jako małżeństwo lepiej żebyśmy wzięli wszystkie papiery jakie mamy, szczególnie mój work permit i certyfikat małżeński (opieczętowany dwukrotnie ;)).

Na miejscu okazało się, że trzeba wypełnić formularz (nikt z nauczycieli o tym nie wspomniał oczywiście) i zrobić kopie paszportu, wizy, notki w paszporcie, która informuje, że uzyskaliśmy roczną wizę, a także kopię ostatniej karty wjazdu (która musi być w paszporcie!). Podpisywanie, odpowiadanie na pytania.

Pani zapytała nas o jakiś papierek, którego brakuje nam w paszporcie. Nie mogliśmy zrozumieć o co jej chodzi (niestety angielski Tajów pozostawia wiele do życzenia), w końcu zorientowałam się co ma na myśli. Wyjęłam z teczki papierek, że jesteśmy zarejestrowani w mieszkaniu. Tak, o to jej chodziło! Ten papierek ma być zawsze w paszporcie, pamiętajcie! Zrobiła kopie i wkleiła też Przemkowi. Tutaj pytanie, czemu mieszkamy razem, wyjaśnienie, że jesteśmy małżeństwem, nie zapytała jednak o certyfikat ;) Ok, następnym razem mamy pamiętać, by przyjść z wypełnionym formularzem, kopiami i nowym papierkiem. To będzie nasz ostatni raz – w marcu. Potem już wyjeżdżamy z Tajlandii, jak już skończę pracę. Mamy nadzieję, że nie czekają nas już żadne papierkowe niespodzianki ;)

Jeszcze krótko o ważnej kwestii – podatek. Jeśli wcześniej pracowało się w Tajlandii, należy poprosić pracodawcę o deklarację podatkową. Jest to potrzebne przy składaniu papierów o roczną wizę. Urząd musi widzieć, że zostało się rozliczonym. Dla mnie to pierwsza praca tutaj, o fakcie tym szkoła upewniała się kilkakrotnie. Trzeba zarejestrować się w urzędzie podatkowym. Będzie to potrzebne dla kogoś, kto na kolejny rok chce nadal pracować w Tajlandii.

Czy ten wpis był za bardzo szczegółowy?

Niestety nie. Nie wiem, czy jakakolwiek strona opisała to bardziej szczegółowo ode mnie :P Ale kto mnie zna, ten wie, że mam skłonności do baaardzo dokładnych opisów. W tym przypadku muszę się do czegoś przyznać. Wierzcie mi, że z pewnością pominęłam wieleee szczegółów, które trzeba było załatwić „pomiędzy”. Jakoś w połowie całej procedury przebrnięcia przez papierową tajską dżunglę, obiecałam sobie robić notatki, bo będzie to dobry materiał na wpis (i mi właśnie tego rodzaju wpisu brakowało, a dużo by mi pomógł, gdyby takowy istniał wcześniej!).

Nie zrobiłam żadnych notatek. Wszystko piszę z pamięci. Zresztą, to nieważne. Przecież i tak z pewnością w przyszłym roku dojdą kolejne dziwne wymagania tajskiej biurokracji. Jeszcze na przykład rok temu – niepotrzebne były pieczątki z ambasady i ministerstwa. Starsi stażem nauczyciele mówili mi, że kiedyś do Laosu jechało się z jednym papierem, a nie setką. Wszystko się zmienia, ale raczej nie na lepsze.

Pracę łatwo dostać, owszem, ale żeby pozostać w kraju – to już nie jest takie proste. Trzeba przez to wszystko przejść samemu i być przygotowanym na nieoczekiwane sytuacje, które i tak wyjdą w praniu ;) Na „pocieszenie” mogę tylko dodać, że po zakończeniu rocznej wizy, jeśli chce się nadal zostać w Tajlandii i uczyć (nawet w tej samej szkole), całą procedurę trzeba przejść jeszcze raz! :)

Moja „papierowa” pamiątka :)

Mam nadzieję, że komuś przyda się ten wpis i że nikogo nie zniechęciłam ;) Praca w tajskiej szkole jest fajna i przyjemna, a przynajmniej u mnie. Także polecam! A papierowa przygoda to prawdziwa szkoła życia :)

Jeśli chcecie poznać więcej szczegółów, macie pytania „papierkowej” natury, z chęcią pomogę. Wyślijcie do nas maila pod adres: chrapki@chrapki.pl

Tags: , , , , ,
Pisanie to jedna z moich licznych pasji. Studia dziennikarskie rozwinęły mnie w tym kierunku i pozwoliły przez lata pracować w zawodzie. Pisząc już „służbowo” najlepiej wspominam liczne wywiady z bardzo inspirującymi ludźmi. Wspólny blog z mężem wiele dla mnie znaczy, gdyż jest on wyrazem połączenia moich największych pasji. Co więcej o mnie? Jestem Góralką z Podhala, uwielbiam tradycje i folklor. Jestem kinomaniaczką, molem książkowym, szczęśliwą żoną i podróżniczką. Lubię autostop, lubię śpiewać, lubię tańczyć i tworzyć. Kocham muzykę i eksperymentowanie w kuchni. Trochę bawię się w grafika-amatora, troszkę rysuję, troszkę ćwiczę. Z pełnym sercem to, co kocham jednak najbardziej to życie, nasze wspólne życie, z którego staram się czerpać pełnymi garściami!

9 Comments

Dzarma 11 grudnia 2018 at 14:48 - Reply

Czy taka procedura obowiązuje tylko w przypadku zatrudnienia w szkole publicznej? Czy również np. w training centres? Rozumiem, że proces opisany powyżej dotyczny pracy legalnej, a czy dużo osób pracuje na wizach turystycznych/biznesowych? Obecnie pracuję w Chinach i wizę pracowniczą ma tutaj naprawdę niewiele osób, większość, nawet od kilku lat pracuje na biznesówkach. Pozdrawiam :)

    Agnieszka Jarząbek 12 grudnia 2018 at 04:02 - Reply

    Hej :) Dzięki za komentarz. Procedura, którą opisałam niestety obowiązuje wszędzie ;) Zarówno w szkołach rządowych, publicznych (tutaj nie ma innej opcji), jak i innych placówkach, np. w prywatnych szkołach językowych (mój znajomy pracował w takiej i musiał przechodzić przez to samo). Być może są jakieś drobne różnice, że z czymś jest łatwiej, więcej pomogą, opłacą Ci koszty, a jeśli masz certyfikat językowy (lub takie studia) to nie musisz pisać TOEIC, itp., ale procedury się nie uniknie. Szkoły (jak i inne instytucje) nie trzymają pracowników na wizach turystycznych, bo jest to nielegalne, więc raczej ciężko to ominąć niestety. Zapewne też zależy od polityki danej prywatnej placówki, ale podejrzewam, że są to raczej rzadkie przypadki ;) Możesz uzyskać inną wizę niż turystyczną, aby pracować, jak biznesową, ale wtedy też Cię czeka biurokracja :)

Dzarma 11 grudnia 2018 at 14:50 - Reply

Aha, dodam jeszcze tylko, że Tajlandia bardzo mocno od początku siedziała mi w głowie, Chiny w sumie były przypadkiem – ale, że nie za bardzo przypadły mi do gustu, planuję w przyszłości wyjechać do Tajlandii :) chętnie poczytam zatem jak wygląda nauczanie w tym kraju :) no i to, co mnie najbardziej trapi, to czy jest tam do wytrzymania, jeśli chodzi o pogodę?!

    Agnieszka Jarząbek 12 grudnia 2018 at 04:10 - Reply

    Nie mam porównania niestety, bo w Chinach nie byłam, ale słyszałam dużo pozytywnych opinii. Tajlandia jest bardzo fajna, szczególnie jeśli chodzi o jedzenie i pogodę :) Jak dla mnie pogoda jest super, do wytrzymania, ale jestem z tych osób, które często marzną :P Wiadomo, zdarzają się upały i częste deszcze, ale też zależy z intensywnością wszystkiego od danego regionu Tajlandii. Na północy jest przykładowo troszkę zimniej. Mi w Chonburi wszystko odpowiada, kwestia przyzwyczajenia ;) Ogólnie bardzo polecam ten kraj, ludzie są przyjaźni, interesująca kultura, tradycje… Nam się tutaj bardzo podoba :) Gdybyś miała jakieś inne pytania, z chęcią odpowiem :)
    A jak pogoda w Chinach? W tym regionie gdzie mieszkasz oczywiście (bo też podejrzewam, że region regionowi nierówny) :D

Dzarma 12 grudnia 2018 at 12:21 - Reply

aktualnie są przymrozki, temperatura potrafi spaść poniżej zera. Kilka dni temu nawet prószył śnieg :) a jak u Was? te deszcze na zmianę z upałami (co jest dla mnie jednoznaczne z komarami i innymi latającymi owadami) są dla mnie największym minusem tego kraju :(

    Agnieszka Jarząbek 12 grudnia 2018 at 12:41 - Reply

    Wow, to strasznie zimno!
    U nas najbardziej pada w porze deszczowej (teraz już powoli się kończy na szczęście i temperatury są bardziej znośne), ale to też zależy od regionu. Na wyspach (czy w Bangkoku :D) pada częściej niż w Chonburi, gdzie mieszkamy. I komary nie dokuczają tutaj tak bardzo. W sumie każda prowincja w Tajlandii jest inna, także jak chcesz się przeprowadzić i ta kwestia jest dla Ciebie ważna – zrób dokładny research na temat pogody (na przestrzeni lat) i najlepiej pytać kogoś kto już długo mieszka w danym regionie :) Ważne jest też gdzie się lepiej czujesz, w mieście, nad morzem, czy może w górach… Wszystko robi różnicę, ale za to do koloru, do wyboru :D

Tomek 30 stycznia 2019 at 19:17 - Reply

Hej, a czy wiecie może jak jest z wiza i pracą w Wietnamie? Tekstów o tym kraju jest jeszcze mniej niż o Thai.

    Przemek PJ Jarząbek 31 stycznia 2019 at 03:26 - Reply

    Nie mamy dużo doświadczenia, ale słyszeliśmy, że jest tam dużo łatwiej o wizę i pracę.
    Jeden poznany w Wietnamie Szkot mówił, że on po prostu jeździ skuterem do Laosu (chyba co dwa miesiące) i potem wraca do Wietnamu bez problemu. Nie jestem pewien tylko, czy pracował legalnie.

    Agnieszka Jarząbek 31 stycznia 2019 at 03:55 - Reply

    Hej :)
    W hostelu w Sajgonie spotkałam dziewczynę z UK, nauczycielkę, która mówiła mi, że jej się pracuje w Wietnamie o wiele lepiej niż w Tajlandii. Po pierwsze nie ma tyle papierkowej roboty, o wiele łatwiej z wizą, a po drugie podobno więcej pieniędzy. Chociaż ta druga kwestia nie do końca jest prawdą, bo jak wiadomo wszystko zależy od danej szkoły. W Wietnamie najczęściej (z tego co też piszą ludzie na forach nauczycielskich) płacą tam za godzinę, np. 15-30 dolarów, mniej lub więcej, rzadko się zdarza stała miesięczna wypłata. Ale jak Przemek napisał, za bardzo nie wiemy. To tylko usłyszane gdzieś tam opinie ;) Najlepiej gdybyś zaczerpnął informacje z grup nauczycielskich. Polecam grupę na Facebooku „Nauczyciele w Azji Południowo-Wschodniej”, znajdzie się tam ktoś z doświadczeniem :) Ogólna opinia panuje taka, że jest tam łatwiej z pracą i papierami, za to sam kraj nie jest tak przyjemny do życia jak Tajlandia. I z tym ostatnim się zgadzam :)

Leave a Comment