Logo
Czas dorosnąć? Zmiany i nowa rzeczywistość!
29 maja 2018

Czas dorosnąć? Zmiany i nowa rzeczywistość!

Post by Agnieszka Jarząbek

Od tygodnia żyjemy w nowym miejscu i tu pracujemy. Jak wszędzie, kiedy musimy przystosować się do nowej rzeczywistości, zazwyczaj są tego plusy i minusy. Odkrywanie, zaakceptowanie niedogodności, nowe zasady, nowe miejsce, uroki, ale też nowa przygoda! Co u nas się działo przez ten czas po chwilowej przerwie? Działo się bardzo dużo! Zmiana otoczenia na dłuższy czas to nie lada wyzwanie, szczególnie jeśli chce się pomieszkać za granicą na trochę dłużej… Bo to już nie jest trip, nie wakacje, ale zwykłe życie? ;)

Nowa rzeczywistość

Tyle się działo u nas ostatnio, że ciężko od czegoś zacząć… Zacznę więc od początku. Jak zapewne pamiętacie, poprzednio mieszkaliśmy w Hua Hin. Tam też po moim nauczycielskim kursie TESOL liczyłam na pracę w szkole. Roznosiłam i wysyłałam CV, ale był słaby odzew. Większość szkół otwierała się dopiero w połowie maja. Bardzo liczyłam na pracę w tamtejszej katolickiej szkole, ale jak się okazało, potrzebowali tylko nauczyciela od programowania. A że jeszcze nie opanowałam tej umiejętności, musiałam zrezygnować z oferty.  W Hua Hin (cytując klasyka): „nie było pracy dla ludzi z moim wykształceniem” :) Zaczęliśmy więc myśleć nad tym, że jeśli tu nie ma pracy, to też nie ma co siedzieć w tym miejscu na siłę. Tym bardziej, że Ajarn.com zaczął pękać w szwach od ogłoszeń. Przyszła połowa maja, więc szkoły uświadomiły sobie, że potrzebują zagranicznych nauczycieli. Wysłałam na szybko dwa maile i dosłownie po paru minutach dostałam odpowiedzi, żebym przyjeżdżała.

Pierwsza odpisała mi szkoła w Chumphon, która potrzebowała nauczyciela od konwersacji po angielsku w liceum. Mała mieścinka, pensja niższa od tej, którą dostają nauczyciele-native, ale cóż, praca była, więc podjęliśmy decyzję. Druga szkoła poszukiwała nauczycieli w Chonburi (niedaleko Bangkoku i Pattayi) i w Nan (na północy Tajlandii). Ci drudzy zaproponowali mi najpierw pracę na północy. Odpisałam im, że tamte rejony mnie nie interesują i wolałabym jednak pracować blisko morza. Zgodziłam się więc na ofertę od pierwszej szkoły – w Chumphon. Kupiliśmy bilety i za dwa dni mieliśmy wyjeżdżać. Szybkie pakowanie, załatwienie formalności, rozliczenie mieszkania i mogliśmy żegnać się z miastem.

Kolejnego dnia, podczas pakowania, odezwała się do mnie agencja od oferty w Chonburi, że mają jedno wolne stanowisko i mogę od razu zacząć. Wyższa płaca, bliżej „cywilizacji”, szkoła podstawowa, mało godzin lekcyjnych… Moja pierwsza myśl była taka, że „NIE! Nie ma takiej opcji”, już mamy przecież bilety gdzie indziej, wszystko dogadane jest w Chumphon, bo mają mnie odebrać, znaleźć mieszkanie, przedstawić w piątek w szkole… No ale z drugiej strony lepsze warunki kusiły. Na decyzję nie mieliśmy dużo czasu, za parę godzin trzeba było się wynieść z mieszkania. Miotałam się to w jedną, to w drugą stronę, pytając jednocześnie agencję o szczegóły… Przemek skłonny był do opcji drugiej. Andrzej i Anita również radzili mi, że nie ma się co zastanawiać i brać lepszą ofertę. Pan z tej drugiej agencji od razu dodał mnie do grupy nauczycielskiej na LINE i zapewniał, że pokocham tę szkołę. Wszyscy zagraniczni nauczyciele również witali mnie i chwalili sobie pracę.

Piękne niebo w Chonburi od razu mnie zachwyciło!

Wyjazd do Chonburi

Decyzja zapadła. Szybki mail do pierwszej szkoły, że muszę zrezygnować bo dostałam lepszą ofertę (gdzie native i nie-native mieli taką samą płacę), poza tym mało godzin lekcyjnych. Ok, no to zmieniamy szybko plany. Kupujemy bilety na nocny pociąg do Bangkoku, żegnamy się. W Bangkoku spotkałam się z reprezentantem agencji, podpisaliśmy kontrakt, poznałam też jedną nauczycielkę z Republiki Południowej Afryki, która uczy w tej szkole już dwa lata. Bardzo chwaliła warunki, więc byłam uspokojona ;)

Wysłaliśmy pocztą nasze rowery z Bangkoku do Chonburi i zaczęliśmy szukać mieszkania. Na drugi dzień (w sobotę) mieliśmy busa do Chonburi, a w poniedziałek zaczynałam już pracę! Możecie sobie wyobrazić mój stres. Wszystko działo się bardzo szybko. Pracownica szkoły napisała do mnie i wysłała mi mój plan lekcji. Okazało się, że nie będę uczyć tylko angielskiego, ale też matematyki (moja pierwsza lekcja w poniedziałek!), „science” (ten przedmiot określiłabym jako mieszankę fizyki i przyrody), „health” (najbardziej zbliżony do naszej biologii), czytania, wychowania fizycznego (sic!) i jakiegoś przedmiotu o nazwie „club”. Na szczęście wspomniana pracownica wysłała mi kontakt do innej zagranicznej nauczycielki (w całej szkole jest 16 takich nauczycieli, z różnych krajów), która również uczyła „piątą klasę” i ma te same przedmioty co ja. Tutaj muszę nadmienić, że „poziom” piąty, którego miałam uczyć, dzieli się na cztery klasy: 5/1, 5/2, 5/3 i 5/4. Ja mam klasę 5/3. W czwórkę z innymi nauczycielami mamy jedno piętro, te same przedmioty i te same książki, z których musimy uczyć.

Nowopoznana koleżanka wysłała mi zdjęcia pierwszych zajęć z matematyki i angielskiego. W sobotę w hotelu zaczęłam więc przygotowywać sobie lekcje na poniedziałek, w międzyczasie też oglądaliśmy mieszkania. Nie chcieliśmy brać pierwszego lepszego, więc zdecydowaliśmy, że w niedzielę też zostajemy w hotelu, wynajmiemy skuter i Przemek odwiezie mnie do pracy. Koniec końców wzięliśmy pierwsze mieszkanie, bo nie mieliśmy za dużego wyboru, a to, które wybraliśmy było najbliżej mojej szkoły (około 4 kilometry). W niedzielę podpisaliśmy umowę najmu, zapłaciliśmy, a po mojej pracy w poniedziałek przenieśliśmy się już na nowe mieszkanie.

Chonburi to takie typowe, tajskie miasto, ale to tutaj pierwszy raz zobaczyliśmy tęczę w Kraju Uśmiechu

Praca, praca, praca…

W szkole muszę być zawsze od 7:30 do 16:30, niezależnie od tego ile mam lekcji. A zajęć mam bardzo mało, co z kolei daje mi dużo czasu, aby przygotować sobie w szkole lekcje na następne dni. Duży plus! W poniedziałek mam matematykę i angielski, we wtorki rano tylko angielski, w środę angielski i w-f, w czwartek „health” i „reading”, w piątek angielski, „science” i „club”. Tyle! I dokładnie ten sam plan lekcji jest na cały rok, w tej samej klasie, z tymi samymi dziećmi. W klasie mam też zawsze „home teachera” – tajską nauczycielkę, która obecna jest na moich zajęciach przez większość czasu. Pilnuje dyscypliny i tłumaczy dzieciom lekcje, gdyby czegoś nie zrozumiały. Ona też mnie „ocenia” i zdaje raporty ;) Dużo od niej zależy czy zostanę w szkole (w kontrakcie mam taki zapis, że jeśli nie „zdam” pozytywnie pierwszych dwóch raportów co kilka miesięcy – mogą się ze mną pożegnać), co jest poniekąd stresujące.

Poniedziałek – mój pierwszy dzień w szkole nie był łatwym dniem

Przez cały dzień dowiadywałam się od innych nauczycieli i pracowników biura, ile jeszcze formalności przede mną. Muszę przykładowo jechać do Bangkoku do głównego komisariatu policyjnego w Tajlandii, aby dali mi zaświadczenie o niekaralności. Ponadto muszę (też w Bangkoku) napisać test TOEIC, który będzie mi potrzebny do nauczycielskiego certyfikatu. W międzyczasie muszę wybrać się do Laosu załatwić wizę Non-B z papierami ze szkoły, jechać do polskiej ambasady po należyte pieczątki na tłumaczeniach dyplomu, itd. Gdzieś po drodze badania i medyczny certyfikat, że nie mam syfilisu, papiery do work permit, potem jeszcze formalności z rocznym przedłużeniem mojej wizy… Kiedyś w osobnym poście opiszę to bardziej szczegółowo. Może przyda się komuś, kto będzie chciał zostać nauczycielem w Tajlandii. Podsumowując, nie jest to takie proste jak się wydaje.

Codziennie dowiaduję się czegoś nowego. Trzeba po prostu przez to przejść i załatwić, innego wyjścia nie ma. Natłok wszystkiego i problemy językowe z tajskimi pracownikami szkoły trochę mnie przygniotły. Za to zagraniczni nauczyciele są bardzo pomocni i wspierają się wzajemnie. Moja pierwsza myśl była taka, że ta nasza nowa „przygoda” wcale nie będzie taka kolorowa. Do tego coraz częściej zaczęłam tęsknić za rodziną i Polską. Pocieszała mnie myśl, że to tylko taki etap, jakby co to nas deportują do Polski i jakoś to będzie, coś wymyślimy :D Chciałam zostać nauczycielką w Tajlandii? To masz babo placek, chciałaś to masz ;)

Dzień z tajskiej szkoły i coraz więcej obowiązków…

Jak już wspomniałam, każdy dzień to nowe informacje. W poniedziałek (tydzień temu, w mój pierwszy dzień) dowiedziałam się na przykład, że każdy dzień w szkole zaczyna się rejestracją. Wszyscy nauczyciele muszą zeskanować swoje odciski palców (nie później niż o 7:30 rano). Przez kilka dni „moje odciski” nie działały, musiałam więc dodatkowo się podpisywać rano i na zakończenie dnia, a w międzyczasie rejestrowali mi na nowo odciski palców. W czwartek się udało i w końcu jestem zarejestrowana w systemie. Po tym obowiązku muszę udać się do swojej klasy i wraz z tajską nauczycielką zrobić zbiórkę dzieci. Uczniowie ustawiają się w dwóch rzędach, po czym wszyscy udajemy się na duży plac (który równocześnie pełni funkcję miejsca na wychowanie fizycznie) i tam odbywa się codzienna poranna ceremonia. Śpiewany jest hymn szkoły, są jakieś obrządki i ogłoszenia. Odprowadzamy dzieci do klasy (za każdym razem gdy muszą wejść na teren budynku ściągają buty) i zaczynają się lekcje.

Kiedy nie mam lekcji, przygotowuję się do nich lub opracowuję kolejne zajęcia do przodu. O 11:30 wszyscy nauczyciele, którzy nie mają w tym czasie zajęć (a ja przez cały rok nie mam!) muszą udać się do swoich przydzielonych jadalnio-stołówek i przygotować dzieciom lunch. Lunch trwa godzinę, codziennie od 12:00 do 13:00. Rozkładamy talerze, nakładamy dzieciom jedzenie, roznosimy sztućce. Potem my możemy zjeść i myjemy za sobą talerze. Gdy mam czas, biegam do biura, gdyż ciągle wzywani jesteśmy do jakichś formalności (papiery wizowe, zaświadczenia, itp.) lub po prostu kiedy chcę coś wydrukować lub zrobić kopie arkuszy dla dzieci.

W ciągu trzech dni zaliczyłam trzy wpadki :P A to lekki ochrzan od jakiejś ważnej babki z administracji, że moja sukienka jest za „cienka”, mimo że zakrywała mi wszystko co należy w tajskiej szkole: kolana, brzuch, klatkę piersiową i ramiona. A to kolejna wpadka, że czuć ode mnie papierosy ;) I trzecia na moim pierwszym wychowaniu fizycznym, kiedy podeszła do mnie wkurzona i przypadkowa tajska nauczycielka, że nie mogę rozdzielać klasy i mam wymyślić tylko jedną grę dla wszystkich (rozdzieliłam klasę na chłopców i dziewczynki, by ci pierwsi pograli w piłkę nożną, a dziewczynki mogły zagrać w siatkówkę). No nic. Jak się okazało dzień później dostaliśmy wszyscy przykaz jednej aktywności dla dzieci na wuefie i rozporządzenie, by skupić się na dyscyplinie (bo to dla nich najważniejsza rzecz w szkole). Ponadto, dostaliśmy też w piątek książeczki dla dzieci ze słownictwem (na cały rok) i codziennie od 7:30 do 8:00 (lub w trakcie dnia jeśli nie zdążymy) musimy przepytywać każde dziecko w klasie z literowania pięciu słówek, na poszczególne przedmioty. W ten poniedziałek z kolei dowiedziałam się, że musimy stworzyć testy na każdy przedmiot, który mamy przeprowadzać w klasie co dwa tygodnie.

Moja cudowna klasa pełna małych i wspaniałych indywidualności :)

Tajska dyscyplina

Można powiedzieć, że szkoła jest dosyć ostra ;) Dzieci szczególnie nie mają łatwo. Zagraniczni nauczyciele wychodzą o 16:30, a dzieci mają jeszcze dodatkowe zajęcia. Mało tego! Po szkole udają się JESZCZE na kolejne lekcje, tak samo w weekendy. Większość nauczycieli z mojej szkoły pracuje właśnie po godzinach lekcyjnych i w weekendy za dodatkową kasę. Zdziwili się, że ja nie chcę. Bez przesady! Po szkole chcę odpocząć, nie przynosić pracy do domu, spędzić czas z mężem, robić SWOJE rzeczy, a w weekendy coś pozwiedzać, zagłębić się w tajską kulturę, eksplorować. Powiedziałam nauczycielom, że wyznaję zasadę: „Pracujesz po to, żeby żyć, a nie żyjesz po to, żeby pracować”. Zresztą moja wypłata całkowicie nam wystarcza, żeby jeszcze COŚ z tego życia mieć dodatkowo.

Mimo wszystko dzieci wydają się być szczęśliwe. Śmieją się, bawią, rozrabiają jak wszystkie inne dzieci na całym świecie. Przynajmniej na „zagranicznych” lekcjach mogą mieć trochę luzu i przyjemniejszy czas. Na tajskich lekcjach jest surowo, idealna cisza, a jeśli któreś dziecko źle się zachowa… dostaje karę cielesną! Tak, tak, dobrze przeczytaliście. Nieraz widziałam, jak dostają po palcach twardą i olbrzymią linijką z całej siły. Zagranicznym nauczycielom nie wolno bić dzieci (nigdy by mi to nawet do głowy nie przyszło!). Co mogę więcej powiedzieć? Dzieci mnie kochają, raz przyniosły mi fajny smakołyk (taki słodki i suchy placek), którym podzieliłam się z całą klasą. Przytulają się do mnie, rozmawiają, dopytują i są ciekawe wszystkiego. Także są plusy i minusy uczenia w tajskiej szkole ;) Do wszystkiego powoli się przyzwyczajam. Jeśli chodzi o dalsze moje obowiązki, to na przykład w każdą środę po rejestracji, od 7:30, muszę stać przy bramie i z resztą wyznaczonych nauczycieli witać wszystkich, którzy wejdą na teren szkoły. Potem pożegnanie i pilnowanie, by żadne dziecko nie wyszło poza teren szkoły w prywatnych celach – od 15:30 do 16:30.

W szkole są ściśle określone zasady jeśli chodzi o ubiór. Wiedziałam o tym zanim przylecieliśmy do Tajlandii, by zakryć wszystko i ubierać się elegancko, prosta sprawa. Ale w mojej szkole te zasady są na wyższym poziomie i nieco rozszerzone. I tak na przykład w każdy poniedziałek musimy ubrać coś białego. We wtorek tajscy nauczyciele przychodzą w strojach tradycyjnych, a zagraniczni nauczyciele mają specjalnie uszyty uniform, który ma też służyć na inne ważne okazje. Ja w środę muszę mieć jeszcze przebranie na w-f (luźne długie dresy i koszulka z kołnierzem). W piątek wszyscy ubierają się na niebiesko. Swoją drogą te zasady wcale mi nie przeszkadzają. Tym bardziej, że w pierwszy dzień w poniedziałek akurat przyszłam w białej koszuli, a w piątek przypadkowo założyłam niebieską bluzkę :) Wtorkowe uniformy dostaniemy w przyszłym tygodniu.

W piątek ubieramy się na niebiesko :)

Nie jest źle, prawda? Do wszystkiego można się przyzwyczaić!

Praca to praca, w każdej są ustalone reguły i obowiązki. Dużym plusem u mnie jest to, że mam mało zajęć i dobrą wypłatę. Poza tym dzieci są urocze i dla nich warto się starać. Myślę, że mi się tu spodoba, chociaż ciężko określić po pierwszym tygodniu, jak będzie dalej to wyglądało. Zapewne dowiem się o kolejnych wymaganiach i obowiązkach ;) W ciągu roku szkolnego za to jest dużo wolnego. Tak jak na przykład dzisiaj, kiedy piszę tego posta – mam wolny dzień, bo w Tajlandii jest święto.

Od tego poniedziałku (od wczoraj) dojeżdżam do szkoły na rowerze, gdyż musieliśmy zwrócić wypożyczony skuter. Zastanawiam się tylko jak to będzie, kiedy pora deszczowa rozszaleje się na dobre. Podobno po ulicach płynie rzeka wody, co może być moim utrudnieniem dostania się do pracy ;) Nie wspominając po drodze o napotkanych wężach i psach. Lubię powtarzać tę maksymę: „Co nas nie zabije, to nas wzmocni” (chociaż w przypadku różnych ukąszeń pierwsza część tego powiedzenia akurat zabić mnie może :D), dodaje mi otuchy. Czasem bywa ciężko, ale byle do przodu, trzeba się oswoić z nową rzeczywistością i dorosnąć. Dotyczy to również życia tutaj…

Mieszkanie i Chonburi

Nasze mieszkanie też nie chciało się z nami polubić na początku i sprawdzało naszą cierpliwość. A to pierwszego dnia okazało się, że jest problem z Internetem, bo założą go nam dopiero w kolejny wtorek (czyt. dzisiaj). Na szczęście założyli nam go wcześniej, bo po tygodniu czekania. Niełatwo nam było bez Internetu, szczególnie jeśli chodzi o sprawdzanie różnych formalności, kontakt i pracę. Co jeszcze? W łazience leje się woda spod umywalki (podstawiamy tam wiaderko z mopa; poranną sobotę spędziliśmy na zakupach na mieszkanie). Na balkonie mamy pralkę, która podczas prania zalewa cały balkon aż po kostki… No nic, przecież się wytrze. Spod zlewu w kuchni strasznie śmierdzi. Nie da się kupić w Tajlandii samego prześcieradła! Śpimy na razie na gołym materacu :D Wszystko co dzieje się na korytarzu, słychać w naszym mieszkaniu. Ale pomimo tych wszystkich drobnych wad, polubiliśmy nasze mieszkanko. Jest przytulne, ładne i każdego dnia nabiera charakteru, staje się naszym pięknym i przyjemnym gniazdkiem.

Samo miasto jest spokojne. Położone niedaleko popularnej Pattayi jest miejscem przejazdowym, w którym zazwyczaj turyści się nie zatrzymują. Jest morze, ale ciężko uświadczyć tu plażę (a jeśli już wspomniałam o plaży – to najbliższa jest w kolejnym miasteczku, 12 kilometrów stąd i jest bardzo brudna). Wybrzeże służy tu raczej rolnikom do hodowania owoców morza. Są fajne i duże lokalne targi. Kuchnia jest tu przepyszna! Wszystko nam smakuje, jest duży wybór i bardzo tanio. Pełno ciekawych kawiarni. Coś do zwiedzenia też się znajdzie, jak świątynie, pomniki i punkty widokowe. Myślę, że nam się tu spodoba. Musimy spędzić weekendy i wolne dni na odkrywaniu fajnych zakątków. Niedaleko nas jest bardzo przyjemny i duży park, gdzie Tajowie codziennie ćwiczą, super miejsce do chillowania. Co ciekawe nie widać tutaj białych ludzi. Jedynymi „przyjezdnymi” są tutaj chyba nauczyciele. Chonburi zdecydowanie ma swój urok. A, no i uświadomiliśmy sobie, że nie ma wyjścia, trzeba uczyć się tajskiego. Rzadko gdzie widzieliśmy menu po angielsku, większość lokalsów nie rozumie angielskiego. Także kolejne wyzwanie przed nami ;)

„Plaża” w Chonburi :) A raczej hodowla owoców morza, które o dziwo nawet mi smakują!

I taki był nasz pierwszy tydzień w nowym miejscu

Planujemy tu zostać na 10 miesięcy, kiedy skończy mi się kontrakt. Nie ma wyjścia, trzeba przyzwyczaić się do nowej rzeczywistości i stworzyć z nią jedność. W końcu to będzie nasz dom przez długi czas. Co nas tutaj spotka, co zobaczymy i przeżyjemy, na pewno opiszemy i zapamiętamy. Jak to w życiu bywa – jest różnie. Raz pod górkę, a raz z górki xD Wiemy, że czeka na nas jeszcze wiele wzlotów i upadków, chwil irytacji i fascynacji, lepszych i gorszych dni. Najważniejsze, że mamy siebie i wzajemnie się wspieramy :) Tak czy siak traktujemy to jako życiową przygodę, która może się już nigdy nie powtórzyć. Dlatego najlepszym rozwiązaniem jest dostosowanie się, uczenie siebie samego i innych na nowo, dostrzeganie większego obrazu, ale również małych szczegółów, o których wcześniej nie mieliśmy pojęcia. Nikt nam o tym nie powiedział, ale to chyba nazywa się dorosłość? :P Może i na nas przyszła pora, a przynajmniej dobra praktyka „przed” :D Zobaczymy co nam przyniesie kolejny dzień. Stay tuned!

Piękna świątynia, którą zwiedziliśmy podczas eksplorowania okolic Chonburi

Tags: , ,
Pisanie to jedna z moich licznych pasji. Studia dziennikarskie rozwinęły mnie w tym kierunku i pozwoliły przez lata pracować w zawodzie. Pisząc już „służbowo” najlepiej wspominam liczne wywiady z bardzo inspirującymi ludźmi. Wspólny blog z mężem wiele dla mnie znaczy, gdyż jest on wyrazem połączenia moich największych pasji. Co więcej o mnie? Jestem Góralką z Podhala, uwielbiam tradycje i folklor. Jestem kinomaniaczką, molem książkowym, szczęśliwą żoną i podróżniczką. Lubię autostop, lubię śpiewać, lubię tańczyć i tworzyć. Kocham muzykę i eksperymentowanie w kuchni. Trochę bawię się w grafika-amatora, troszkę rysuję, troszkę ćwiczę. Z pełnym sercem to, co kocham jednak najbardziej to życie, nasze wspólne życie, z którego staram się czerpać pełnymi garściami!

2 Comments

Cumpel 3 czerwca 2018 at 11:49 - Reply

Szkoła jakiej nie znamy. Te przywitania, pilnowanie, mundurki….no i ciekawe, że uczysz kilku przedmiotów. Ale na pewno dasz radę :) Btw wiesz już czym są zajęcia ,,club”? :D
PS. Moi rodzice też czytają Chrapków. Moją mamę szczególnie zaciekawił ten post. Jako koleżanka po fachu, mówi że jesteś bardzo odważna ;)

    Agnieszka Jarząbek 3 czerwca 2018 at 13:11 - Reply

    No zdecydowanie jest inaczej niż w polskich szkołach :) A swego czasu pracowałam też jako nauczycielka w Polsce, więc tajskie, szkolne realia zadziwiają mnie na każdym kroku :D
    Przedmioty, których uczę są bardzo spoko i fajnie, że w tej szkole mają taki program. Zajęcia „club” to coś w stylu kółka. Ja na mój „club” wymyśliłam, że będę uczyć dzieci piosenek po angielsku. Miałam w zeszłym tygodniu pierwsze zajęcia z tego i myślę, że im się spodobało :D
    Pozdrów od nas rodziców! Bardzo, bardzo nam miło, że nas czytają :) I podziękuj ode mnie Twojej mamie za miłe słowa :) Z Twoją mamą kiedyś może uda mi się porozmawiać na ten temat jak wrócimy do Polski :D Byłoby super!

Leave a Comment